Przełącz na nowy wygląd strony
Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies. Pliki cookies są wykorzystywane w celu utrzymania Twojej sesji oraz do prowadzenia anonimowych statystyk odwiedzin na stronie. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Twojej przeglądarce. Pamiętaj, że w dowolnym czasie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce. Zaakceptuj cookies | Zamknij
Dziś jest: 16 grudnia 2017
pl de

Aktualności

Jeden procent

Gdzie są granice przyzwoitości burmistrza naszej gminy, P. Piotra Iwanusa? Poniższy artykuł ukazał się pierwotnie na stronie internetowej Sycowic i miesięcznika U Nas, ale warto rozszerzyć krąg czytelników

Trudne drogi „Dróg do Domu”
Doczekaliśmy się wreszcie od dawna zapowiadanej publikacji o historiach najprawdziwszych z prawdziwych, bo życiem pisanych, ludzi, dla których ziemia lubuska, a dokładnie wieś Sycowice i inne miejscowości gminy Czerwieńsk stały się przystanią na resztę życia po wielu wojennych perturbacjach losu. Trudne były dzieje ludności, której odebrano tożsamość terytorialną, wygnano z domostw, przegoniono od rodzinnych grobów – najpierw narzucając im kierunek na wschód – Syberia, Kazachstan, innym, bądź części z tych samych – wskazując za cel „Ziemię Obiecaną” na terenach zachodniej Polski, świeżo włączonych do terytorium państwa w wyniku nowego podziału Europy.
W szkole uczymy się historii. Jej lekcje obejmują zagadnienia związane z biegiem i następstwem dziejów istotnych dla całego państwa, ba – świata. Podręczniki zakrywają zasłoną milczenia przypadki pojedynczych rodzin, ich losy, radości i tragedie. Ale, czy one nie są ważne? Czy z socjologicznego punktu widzenia nastroje ludności nie przyspieszają, bądź wstrzymują bieg historii? Gdyby te zachowania nie były istotne, to archeolodzy nie prowadziliby wykopalisk w poszukiwaniu śladów codziennego życia. Zatem to, kim jesteśmy współcześnie, zawdzięczamy naszym przodkom, ich kulturze, mentalności, tradycji, poczuciu bezpieczeństwa. Niestety, odczuć czy nastrojów nie da się odkopać na wykopaliskach. Tu potrzebne jest słowo. I to słowo uczestników wydarzeń, bo każde inne będzie już tylko plotką. Doskonale zrozumiał to Cezary Woch, który wiele lat temu zaczął spisywać ustne przekazy naocznych świadków tamtych, powojennych czasów mając na uwadze nieubłagany zegar i kalendarz oraz podeszły wiek swoich rozmówców. Każdy człowiek, który tworzył swoją obecnością tamte, powojenne czasy, miał swoje miejsce w biegu wydarzeń, a każdy był obarczony innymi doświadczeniami, cennymi dla nas dzisiaj, dla ich rodzin i bliskich. Zatem ludzie dawali świadectwo, a autor Cezary Woch – słowo pisane. I tak powstały opowieści, jak nowele – każda inna, a każda mająca swój dramatyzm i wartość poznawczą dla słuchającego, a teraz i dla czytelnika.
Faktem jest, że dzieje tych niezwykle zwykłych ludzi zostały utrwalone ręką Cezarego Wocha na papierze. To był autorski pomysł na uwiecznienie historii mieszkańców Sycowic i okolic. Znamienny tym bardziej, że część bohaterów tamtych czasów już bezpowrotnie odeszła. Ksiądz Jan Twardowski, poeta, napisał: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…” Czy ktoś jeszcze oprócz autora książki „Drogi do Domu” to rozumiał?!
Już przeszło dwa lata temu „koniec zwieńczył dzieło”, a autor od samego początku nie planował swej czasochłonnej pracy schować do szuflady wyłącznie na swój użytek. Bo i po cóż wtedy byłaby ta praca? Słowo pisane żyje tylko wtedy, kiedy ktoś je czyta. Od początku krążyła gdzieś myśl, aby z kolejami losu pierwszych mieszkańców Sycowic mogło zapoznać się szersze grono czytelników. Potem, jak następstwo czasu i czynu, dołączyły wspomnienia przedwojennych mieszkańców Sycowic, bo przecież człowiek czynu, jakim jest sołtys Sycowic, radny miasta Czerwieńsk, Cezary Woch, doprowadzając cały czas do zjednoczenia Europy w najmniejszym jej skrawku, swojej Małej Ojczyźnie, systematycznie organizuje przyjacielskie spotkania Niemców i Polaków, aby przekonać i jednych i drugich, że ”nie taki diabeł straszny, jak go malują”.
I wszystko byłoby piękne i kolorowe, gdyby nie perturbacje związane z wydaniem wspomnień mieszkańców Zaodrza w formie książkowej. Książka sama się nie wydrukuje, potrzebna jest drukarnia, papier, farba drukarska, ludzie, którzy to zrobią. A na to wszystko potrzebne są znaczne fundusze.
Treści zawarte w publikacji mają wartość poznawczą i kulturową. Jest ona ważna nie tylko dla rodzin osób otwierających się przed autorem książki, ale dla każdego, komu bliska jest historia i podstawy tworzenia się naszej teraźniejszości. Docenione zostały właśnie te walory książki i publikacja otrzymała finansowe wsparcie ze strony Europejskiego Funduszu Rolnego na rzecz Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, gdzie instytucją zarządzającą jest Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przy minimalnym wkładzie finansowym Gminy Czerwieńsk.
Żyjemy, jednakże, w „polskim piekiełku”, gdzie nie może być mowy o sielance, gdzie sukces ma wielu ojców, podczas gdy porażka miałby tylko jedną matkę. Czasami w naszej polskiej rzeczywistości jest tak, że gdzie konie kują, tam żaba łapę podstawia.
Niewiele by brakowało, jak wieść gminna niesie, że autora książki „Drogi do Domu” Cezarego Wocha pozbawiono by praw autorskich złośliwą administracyjną decyzją – „korektą” stron tytułowych, która sprowadzała autora do pozycji redaktora (no, takiego fachu, to jeszcze chyba Pan nie miał, Panie „Redaktorze” Woch). Z okładki książki zniknęło nazwisko autora, a na to miejsce wprowadzono herb gminy, zamiast tekstu „od autora” pojawił się napis „od redakcji” (ciekawe jakiej?!), a na pierwszym miejscu po otwarciu książki został umieszczony tekst burmistrza. Zmiany sugerowały, iż wspomnienia wydaje (jest autorem???) Gmina Czerwieńsk uosabiana przez burmistrza Piotra Iwanusa, który udzielił publikacji swojego „imprimatur”, zajmując swoim Słowem wstępnym czołową pozycję. Czyli wspomnienia wydaje Iwanus Piotr i o taki efekt pewnie mu chodziło! Faktyczny autor wspomnień, Cezary Woch, został tym samym sprowadzony do roli nawiedzonego redaktora, który zgromadził stosowny materiał. Należy podkreślić, że w przeciwieństwie do innych recenzentów i przedmówców, których autor poprosił o zagoszczenie na łamach wspomnień, burmistrz Iwanus Piotr zrobił to samowolnie bez ustalenia z autorem!! Ciekawe, czy autor życzyłby sobie takiej samowolki?!
Na szczęście AUTOR, nie w ciemię bity, natychmiast zareagował, że jeśli tak sprawy się mają, to co z Jego prawami autorskimi, bo w końcu zapiski robił sam i treść książki w swej ostatecznej i jedynej wersji jest Jego dziełem. Powstało w Ratuszu zamieszanie, efektem którego zażądano od Cezarego Wocha przeniesienia praw autorskich poprzez podpisanie stosownej umowy. Ale zanim na taki pomysł wpadły głowy w urzędzie, 24 stycznia br, w czasie sesji nadzwyczajnej Rady Miejskiej Cezary Woch skierował do burmistrza zapytanie, co mają oznaczać te zmiany, dlaczego nie zostały z nim konsultowane i dlaczego nie są honorowane jego prawa autorskie, tym bardziej, iż gmina nie ma z nim żadnej umowy na jednorazowe wykorzystanie opracowania? Zapytał również czy usunięcie nazwiska autora wspomnień jest wymogiem unijnym (skoro Unia finansuje przedsięwzięcie)?
Burmistrz niezwłocznie udzielił odpowiedzi, że jest to wymóg unijny, a on nie zamierza narażać się na posądzenia o sponsorowanie prywatnych wydawnictw i sprzeniewierzanie się wymogom PROW . Do umieszczenia nazwiska autora na okładce książki musi mieć specjalne pismo z Urzędu Marszałkowskiego akceptujące taki stan rzeczy! Niestety, była to konfabulacja burmistrza, ponieważ umowa z PROW-em zawarta była już 14 stycznia i nikt w niej nie kwestionował podawania na okładce książki nazwiska autora. Ponieważ sytuacja ta wydawała się anormalna, Cezary Woch przedzwonił niezwłocznie do PROWU, gdzie osoby odpowiedzialne za stosowne ustalenia wyraziły zdziwienie, co do poczynań burmistrza i zapewniły, że nie ma żadnych przeciwwskazań do zamieszczenia nazwiska autora na okładce książki. W tej sytuacji Ewa Wójtowicz poprzez wydawcę wspomnień, w ostatniej chwili wstrzymała druk książki do czasu wyjaśnienia sprawy. Ponieważ był to piątek, nic już więcej nie można było wyjaśnić. Organizatorzy wydania ustalili jednak, że w poniedziałek rano udadzą się do PROW celem wyjaśnienia tej niejednoznacznej sytuacji.
W poniedziałek, 27 stycznia około godziny 10-tej, Cezary Woch otrzymał od pracownika gminy prowadzącego sprawę wydania wspomnień telefoniczną informację, że musi pilnie zgłosić się do urzędu gminy celem podpisania przygotowanej umowy „przeniesienia praw autorskich” na gminę. Cezary Woch wyraził zdziwienie koniecznością tego „przeniesienia praw autorskich” i odpowiedział, że jest właśnie w drodze do PROWu, aby wyjaśni wszystkie okoliczności. W tym momencie pracownik zapewnił Cezarego Wocha, że nie ma żadnych przeciwwskazań do umieszczenia nazwiska autora na okładce książki, a nawet już dokonano stosownych zmian i WYGADAŁ SIĘ, że było to już ustalone w czasie podpisywania umowy z PROWEM we wcześniejszym terminie…!!! W tej sytuacji Cezary Woch zamiast do PROWU skierował się do Ratusza, aby zapozna się z umową „przeniesienia” i zapowiedział pracownikowi gminy konieczność skonsultowania jej treści z prawnikiem.
W międzyczasie skontaktował się z Radnymi: Ewą Wójtowicz, Krzysztofem Smorągiem i Zygmuntem Przybyłą, którzy zalecali daleko posuniętą ostrożność, ponieważ podpisanie „umowy przeniesienia praw autorskich” byłoby równoznaczne z ubezwłasnowolnieniem autora do swobodnego dysponowania napisanym przez niego tekstem.
Po dotarciu do gminy okazało się, że „umowy jeszcze nie ma….”, ponieważ aktualnie „jest w opracowaniu”. Na zdecydowane pytanie, kiedy podjęto decyzję o przywróceniu pierwotnej wersji wspomnień, pracownik gminy zapewniał, że właśnie w „dniu dzisiejszym”, kiedy to z samego rana podpisano umowę z PROWem!!!
Na stwierdzenie Cezarego Wocha, że przecież pół godziny temu zapewniał, że podpisanie umowy miało miejsce we wcześniejszym terminie odpowiedział, że się pomylił, a we wcześniejszym terminie podpisywane były jakieś inne umowy…..
Faktycznie rzecz mogła się mieć zupełnie inaczej. Podpisanie „umowy przeniesienia praw autorskich na gminę” dawało burmistrzowi prawo swobodnego dysponowania treścią książki, który mógł w ten sposób zapewnić sobie dominującą rolę w zasługach przy wydaniu książki i pozbawić Cezarego Wocha autorstwa wspomnień. Wyjaśnienie terminu podpisania umowy było jedynie kwestią wykonania telefonu do PROW który potwierdził datę 14 stycznia 2014. W świetle tych faktów nie można wysnuć innych wniosków niż takie, że jest to intryga burmistrza i to dość nieudolna. W konsekwencji „gmina”, czyli burmistrz, odstąpił od żądania „przeniesienia praw autorskich na gminę” i do sprawy więcej nie powrócono, a Cezary Woch określił warunki, po spełnieniu których wyraża zgodę na druk, co w konsekwencji zakończyło perturbacje związane z wydaniem „Dróg do Domu”, które mają obecny kształt.
Podsumowując – skomplikowane były drogi do nowych domów naszych rodaków, którzy przewędrowali setki, tysiące kilometrów, aby ostatecznie osiąść na Zaodrzu w Sycowicach i najbliższej okolicy, tak jak niełatwe były drogi wszystkich innych przesiedlonych. Podobnie trudną drogę przeszła książka – od spisania wspomnień bohaterów do jej wydania. Na szczęście ta swoista „droga przez mękę” dobiega końca i w momencie, kiedy autorka niniejszego artykułu kończy go pisać, dobiega również końca druk samej książki, a Czytelnicy biorący do ręki „Drogi do Domu…” powinni mieć świadomość, że burmistrz Czerwieńska Piotr Iwanus jest jedyną osobą, która w tej publikacji znalazła się samowolnie, bez zaproszenia autora. No cóż, gdzie konie kują…
Cieszmy się, że wszelkie perturbacje dobiegają końca i wkrótce publikacja ujrzy światło dzienne, a organizatorzy wydania (w tym oczywiście autor i sołtys Sycowic w jednej osobie - Cezary Woch) zapraszają na uroczystą promocję książki, która odbędzie się w świetlicy wiejskiej w Sycowicach 10.02.2014 w 74-tą rocznicę pierwszej deportacji Polaków na Sybir.
dr Małgorzata Gdak-Gołębiowska


Niech na co dzień, nie od święta,
gęba będzie uśmiechnięta.
Niech też zdrowie tęgie będzie
i pieniędzy niech przybędzie.
Niechaj łaski płyną z nieba,
tyle ile będzie trzeba.
Do Siego Roku …!
życzy Admin

Otrzymaliśmy odpowiedź członka Zarządu Województwa Lubuskiego Stanisława Tomczyszyna na zapytanie Radnego Sejmiku Lubuskiego Zbigniewa Kościka w sprawie drzew rosnących w wale przeciwpowodziowym w Laskach.
Poniżej odpowiedź oraz kilka fotografii przedstawiających stan faktyczny wału przeciwpowodziowego na Kanale Zimny Potok w Laskach, będącego w zarządzie LZMIUW w Zielonej Górze.Zarząd Województwa Lubuskiego oraz Lubuski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych kilka lat temu wybudowali w mieście Czerwieńsk zbiornik retencyjny przeciwpowodziowy dla bezpieczeństwa mieszkańców gminy Czerwieńsk za szacunkowe kilkanaście milionów PLN.
Obecnie te same urzędy odbudowują Kanał Zimny Potok wraz z wałem tworzącym brzeg kanału.
Wał stanowi bezpośrednie zabezpieczenie przeciwpowodziowe dla mieszkańców Lasek oddzielając dolinę wsi od przyległego „polderu zalewowego Połupin”.
Jak świadczą fakty z czasu stuletniej powodzi w Laskach w 1997 roku, woda nie przelała się przez koronę wału, lecz przez wyrwę w wale.
Wysoki stan wody w kanale rozmiękczył wał; setki drzew, dęby, brzozy, akacje rosnących w wale wywracało się niczym zapałki na wietrze tworząc wyrwy w wale. Wyrwy uwidocznione są w galerii zdjęć 13 lat po powodzi:
W ramach obecnej inwestycji wycięto wiele drzew – niestety wiele też pozostawiono w wale z podmytymi korzeniami uklepując piaskiem. Czyżby dla zamaskowania wypłukanych korzeni?Czytając odpowiedzi urzędników nie sposób oprzeć się przekonaniu, że osoby odpowiedzialne za pozostawienie drzew w wale przeciwpowodziowym a tym samym odpowiedzialne za tworzenie zagrożenia powodziowego, publicznego zdrowia, życia – decyzje podejmują świadomie i z premedytacją.

Nie jest możliwe wkroczenie na drogę prawnej egzekucji prawa do bezpieczeństwa życia, zdrowia, zachowania mienia - głównie z powodu znacznych kosztów takich wystąpień.
A ponadto jest to powinność osób zaufania publicznego t.j. radnych wszystkich szczebli samorządowych a także palametarzystów stanowiących prawo tego kraju.
Mieszkańcy nadal oczekują zainteresowania i zaangażowania w sprawę ich bezpieczeństwa.

Wywiad mający wiele na rzeczy pod względem decyzji Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w kwestii zabezpieczeń powodziowych wsi Laski: http://www.zachod.pl/radio-zachod/serwis-informacyjny/region/pis-o-zarzadzie-melioracji/

Minęły trzy lata od gorączki „przygotowań do wielkiej wody 2010” , podczas których został usypany wał zabezpieczający dolinę wsi Laski przed wodą cofającą się z Kanału Zimny Potok od strony istniejącego polderu POŁUPIN.
Pomimo, że ten wał został usypany o jedną przecznicę bliżej wsi niż wskazania projektu „ Odra 2006” to nikt dziś nie ma wątpliwości o jego ogromnym znaczeniu dla bezpieczeństwa mieszkańców Lasek. Odległość 300 metrów bliżej czy dalej od zabudowań nie ma większego znaczenia.
Na dzień dzisiejszy wał został znacznie podwyższony i profesjonalnie uformowany. Można wał porównać przeglądając naszą galerię zdjęć http://laskiodrzanskie.pl/?strona=galeria&galeria=35


Fotografia Zielona Gora, Fotograf Natalia Czarnecka Strona internetowa wsi Laski. Laski Odrzańskie